Tkwiłem w szponach hazardu

Trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć dlaczego zdecydowałem się na napisanie tego listu. Na pewno chciałbym, żeby moja opowieść była przestrogą dla innych, ale czuję też, że ta forma otwarcia się, opuszczenia skorupy, w jakiej tkwiłem przez lata, pomoże mi w pokonaniu demona z przeszłości. Czy mam przed sobą jakąś przyszłość? Wierzę, że tak. Nie bez powodu Opatrzność czy Los przerwały w końcu samonapędzającą się spiralę tworzonych przeze mnie kłamstw, oszustw i zła, jakie wokół siebie wyrządziłem. Stałem już nad przepaścią, sparaliżowany strachem, wycieńczony fizycznie, psychicznie, z narastającym poczuciem bezsilności i beznadziei.

Jestem hazardzistą. Za mną ruiny i zgliszcza, przede mną niepewna przyszłość. Mam 33 lata, muszę uczciwie przyznać, że zmarnowałem ponad połowę życia swojego i najbliższych mi osób. Dopiero teraz widzę ogrom zniszczeń, spowodowanych moim uzależnieniem, problemy, w jakie wpędziłem rodzinę. Zaprzepaszczone szczęście, zaprzedane wartości i uczucia, jakich pozbawiłem tych, którym ciągle powtarzałem, że ich kocham… Puste słowa. Czuję olbrzymi wstyd, smutek i pogardę dla samego siebie. Wiem, że nie cofnę już czasu, staram się koncentrować na tym, co mogę teraz zrobić. Postaram się wreszcie zachować jak na mężczyznę przystało – honorowo, uczciwie spłacić wszystkie długi i… przeprosić każdego, którego zraniłem czy zawiodłem. Przeprosić czynami, a nie płonnymi zapewnieniami, w jakich specjalizowałem się w ostatnich latach.

Wszystko zaczęło się niepozornie, gdy miałem 16 lat i uczęszczałem do liceum. Zbliżał się koniec roku szkolnego, oceny już wystawione, więc puścili nas przed południem. Kolejny „czerwony pasek” na świadectwie był już przesądzony. Z tej okazji babcia „uhonorowała” mnie w czasie ostatniej wizyty banknotem 50 zł. Ktoś z naszej ekipy rzucił pomysł, żeby wejść do punktu zakładów sportowych i postawić coś, wszak rozpoczynały się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Obstawiłem reprezentację Polski, która już za moment miała zagrać z Koreą. Sugestie kumpli wydały mi się logiczne – my mieliśmy w składzie samego Olisadebe, a Korea?! Przecież oni nic nie znaczą w światowym futbolu, a na dodatek za zwycięstwo Polaków, bukmacher płacił 2 zł. za każdą postawioną złotówkę! Zainwestowałem 20 zł., postanowiłem, że za wygraną – zaproszę koleżankę do kina. Tak straciłem w zakładach bukmacherskich swoje pierwsze pieniądze i możliwość obejrzenia z Anią filmu „Dzień Świra”, jaki wchodził wtedy na ekrany kin. Nie mogłem pogodzić się z przegraną, dlatego do końca Mistrzostw ’2002, byłem niemal codziennym bywalcem punktu bukmacherskiego na wrocławskim rynku. Głównie stawiałem tzw. taśmy, czyli nawet kilkanaście meczów na jednym kuponie – za 2, czasem za 5 złotych. Pamiętam, że ostatecznie złudzeń pozbawił mnie Ronaldo, podobnie jak i ekipę Niemiec, której w finale MŚ zaaplikował dwa gole. Podliczyłem swoje straty – nieco ponad 200 złotych, bo przegrałem także wszystkie zaoszczędzone pieniądze, jakie dostałem na urodziny. Kipiąc złością, obiecałem sobie, że nigdy więcej nie przekroczę już progu jakiejkolwiek firmy oferującej zakłady sportowe. I słowa dotrzymałem… Postawiłem bowiem później na większą anonimowość i wygodę – zacząłem grać przez Internet… Mój rozbrat z obstawianiem wyników trwał kilka miesięcy, ale przez cały ten okres, nawet na chwilę, nie opuściła mnie chęć odegrania się i szybkiego wzbogacenia dzięki hazardowi.

Regularnie przepuszczałem wszystkie pieniądze, jakie dostawałem w ramach kieszonkowego, od babć za drobne przysługi i pomoc (np. rąbanie drewna czy zakupy) albo od cioć – przy okazji różnych świąt. Sporadyczne sukcesy związane z „ograniem” buka, wprowadzały mnie w prawdziwą euforię, a moja wyobraźnia kreśliła od razu jakieś kosmiczne plany, związane z dalszym pomnażaniem wygranej. W efekcie traciłem jeszcze więcej. Byłem w niewyobrażalnym amoku, nie potrafiłem właściwie odczytać oczywistych symptomów choroby, zaprzeczałem swojemu postępującemu uzależnieniu. Kiedy kończyły mi się pieniądze – narastał we mnie gniew, rozdrażnienie, nie potrafiłem skoncentrować uwagi na niczym innym, jak tylko na pomysłach zorganizowania kolejnej gotówki. Gdy zdobywałem środki – czułem napływ spokoju, błogiej przyjemności oraz głębokiego przekonania, że oto nadszedł wreszcie moment, kiedy odmieni się mój los i wejdę na ścieżkę wygranych.

Wbiłem sobie do głowy, że powodzenie musi mi przynieść tzw. gra progresją na remisy. Założenie było oparte na sukcesywnym zwiększaniu stawek oraz na tym, że kiedyś każda drużyna musi zremisować. Niby logiczne, ale zakładane zyski były niewielkie, poza tym odroczone w czasie i wymagały dużego kapitału. A ja nie chciałem czekać! Musiałem grać, obstawiać, dlatego równolegle prowadziłem kilkanaście progresji, do tego rozpocząłem granie na tzw. pewniaki. W ostatecznym rozrachunku każdy system się walił, a wraz z nim – gasła moja motywacja. Na chwilę, bo zaraz znikąd pojawiały się nowe pokłady nadziei, koncepcji, strategii. Mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ studiując zaocznie, podjąłem równocześnie pracę w firmie komputerowej, miałem więc stały dopływ gotówki i praktycznie zerowe wydatki – wciąż mieszkałem bowiem u rodziców. Konsekwentnie zwiększałem też stawki, ale niewielkie wygrane były niczym w porównaniu z grubymi tysiącami, jakie znikały w czeluściach hazardowej studni bez dna.

W oczekiwaniu na rozstrzygnięcia toczących się meczów, jakie obstawiałem, dla zabicia czasu – wszedłem, a raczej wdepnąłem dodatkowo w świat pokera online. Początkowo, brałem jedynie udział w darmowych (bez wpisowego) turniejach wieloosobowych, tzw. freerollach, w których szło mi naprawdę nieźle. Moim największym sukcesem była nagroda 3500 euro za wygranie turnieju, w którym grało kilka tysięcy pokerzystów z całego świata! Możecie sobie wyobrazić przypływ endorfiny i wiary we własne umiejętności. Czułem się jak wszechmocny Bóg! Szybko podjąłem decyzję o zaprzestaniu „zarabiania” na zakładach sportowych i rozpoczęciu kariery internetowego pokerzysty.

Rywalizacja z innymi graczami przy pokerowym stoliku, wywoływała u mnie niespotykane dotychczas emocje, adrenalinę i specyficzny rodzaj euforycznej motywacji. Uzależniłem się od tego rodzaju odczuć, które stały się teraz treścią mojego życia, nie liczyli się znajomi, zmarginalizowałem potrzeby swoje i mojej żony, minimalizowałem zaangażowanie w wychowanie córeczki. Pytania i wyrzuty żony zbywałem zmęczeniem oraz koniecznością pracy, w rzeczywistości wykorzystywałem każdą wolną chwilę, żeby grać. Laptop niemal cały czas leżał na moich kolanach, a ja analizowałem sytuację na kilku stolikach jednocześnie, rzucając non-stop żetonami…

Stałem się mistrzem kamuflażu – w pracy zawsze stawałem na wysokości zadania i byłem traktowany jako dobry fachowiec, w domu, dla niepoznaki, udzielałem się czasami przy gotowaniu, prasowaniu czy zakupach. Wizyty w sklepie były dla mnie okazją do wyolbrzymiania wydatków i organizowania sobie dodatkowej kasy. Aby nie zostawiać śladów, pieniądze na strony pokerowe wpłacałem przez pocztę, w bankowych kasach lub poprzez specjalne doładowania prepaidowe. Całą swoją inteligencję przekułem w spryt i cwaniactwo. Na granie poświęcałem głównie wieczory i dużą część nocy, ale zdarzało się też, że „nagłe obowiązki zawodowe” – usidlały mnie na cały weekend. Dobra passa w pokera skończyła się po roku – pewność siebie sprawiła, że zacząłem grywać na bardzo wysokie stawki i straciłem wszystko.

Coraz częściej dopadała mnie huśtawka nastroju, stany lękowe i depresyjne, męczyła bezsenność. Z czasem przegrywałem ponad połowę ze swojej 5-tysięcznej pensji, okłamując żonę, że przelewam środki na specjalnie założone konto, z którego mam dostęp do dobrze oprocentowanych lokat. Zacząłem również pożyczać pieniądze, nie od znajomych, żeby nie wzbudzać podejrzeń – zaciągałem kredyty, a potem krótkoterminowe pożyczki, które nie wymagały zgody i wiedzy mojej żony. Jako adres do kontaktu podałem firmowe dane, żeby uniknąć kłopotliwej korespondencji. Stworzyłem prywatny, prawie doskonały Matrix. Jakiś czas temu Ministerstwo Finansów wprowadziło szereg restrykcyjnych ograniczeń dla hazardu w sieci, nie chcąc więc ryzykować jakimś nalotem skarbówki czy celników, skończyłem z pokerem online. Powróciłem do zakładów z piłki, siatkówki, tenisa, koszykówki, skoków narciarskich, golfa, F1, zresztą… łatwiej chyba wymienić czego nie obstawiałem… Dla urozmaicenia zacząłem także grać na wirtualnych maszynach wrzutowych, tzw. slotach, które oferowały w Internecie niektóre serwisy hazardowe.

Staczałem się po równi pochyłej. Narastające problemy rodzinne, nieporozumienia w pracy, chroniczny brak gotówki i świat nieustannych ograniczeń, wymówek, tłumaczeń – to była moja codzienność, żyłem w permanentnym stresie oraz niepewności. Nie rozstawałem się ze swoim smartfonem, który zapewniał mi komfortowy dostęp do hazardu. Obstawiałem w trakcie pracy, siedząc na muszli klozetowej, podczas jazdy samochodem, nawet budząc się w środku nocy – sięgałem po komórkę ukrytą pod poduszką. Notorycznie śledziłem na różnych aplikacjach wyniki spotkań sportowych, zawierałem zakłady typu live, czyli w czasie rzeczywistym, bo tam nigdy nie brakowało propozycji ze strony bukmacherów. Liczyła się już sama gra, która na moment pozwalała kompensować mi stres i napięcie, przestałem analizować statystyki, często stawiałem wszystko na jedną kartę albo na chybił-trafił, wybierałem wysokie, ryzykowne kursy, licząc na jakiś cud.

Przegrywałem seriami, bywały dni, w których potrafiłem stracić nawet 2000 złotych! Zewsząd atakowały mnie telefony i SMS-y od pożyczkowych wierzycieli czy banków, którzy upominali się o zaległe raty. Chciałem z tym skończyć, ale wciąż jakiś głos podpowiadał mi, że… tylko hazard może pomóc mi wydostać się z tych wszystkich tarapatów. Pętla zadłużenia zaciskała się na mojej szyi, a ciśnienie w napompowanym kłamstwami oraz kombinacjami balonie, rosło bezlitośnie. I nagle zgasło światło… Jakaś niewidzialna ręka wyciągnęła z kontaktu wtyczkę, odcięła zasilanie, zemdlałem. Dokładnie rzecz ujmując – w czasie snu doznałem ataku epilepsji, straciłem świadomość.

Ocknąłem się w szpitalu. Przy łóżku zobaczyłem żonę z załzawionymi oczami, moich rodziców i brata. Kiedy po kilku dniach wróciłem do domu i zobaczyłem stertę otwartej korespondencji z instytucji pożyczkowych, jaką przyniósł ktoś z mojej firmy oraz ładowany smartfon, w którym było wystarczająco pogrążających mnie treści… poczułem ulgę. Wiem, że to dziwne, ale cieszyłem się, że wreszcie nadszedł koniec tego, czego sam nigdy nie potrafiłem przerwać. Prawdziwy i definitywny game over.

Przyznałem się do wszystkiego. Moi bliscy, przynajmniej na razie, okazują mi wsparcie. Za ich namową zgłosiłem się też do ośrodka leczenia uzależnień behawioralnych, wraz z nowym rokiem rozpoczynam terapię. Chcę na zawsze wyrwać się ze szponów hazardu. Czy mi się to uda? Nie wiem, bardzo tego pragnę, nieustannie pielęgnuję w sobie pokorę, ale zwyczajnie nie ufam już sobie. Mam prawie 200 tys. złotych długu i olbrzymie poczucie winy oraz krzywdy, jakiej doświadczyła moja rodzina. Nie mam wpływu na to, jaką decyzję podejmie moja żona, jeśli zechce odejść, to będę musiał to zrozumieć, nie mam prawa oczekiwać, że będzie towarzyszyła mi tej trudnej drodze. Wiem, że muszę skupić się teraz na tym, na co mam realny wpływ. Postaram się być dobrym mężem i lepszym ojcem, będę tez walczył o siebie i uporządkowanie wszystkich spraw. Nie szukam współczucia ani drogi na skróty. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że „walcząc – można wygrać lub przegrać, ale nie podejmując walki – już jest się przegranym”…

Konrad

3 komentarze

  1. niepodpiszesie Odpowiedz

    bylem tam
    3x lat, slaba praca, normalne zycie i nagle… obstawianie
    w necie, bo stacjonarne buki ciagna podatki i maja gorsze kursy
    bylo tak ze 300euro wchodzilo jednej nocy i ziew
    nie czulem ze to wiele, co za roznica ile w sumie skoro i tak szlo dalej na inne zawody
    zaczelo sie pozyczaanie kasy, kredyty
    i jeb
    ktos wreszcie zauwazyl z rodziny, wszystko wycisneli (tutaj tez o dziwo pojawila sie ulga – nie jestem juz w tym samym)
    wizyta u psychologa – u mnie nie pomoglo bo albo trafilem nie na tego co trzeba albo nie potrzebowalem go
    czy ciagnelo ? oczywiscie, ale juz prawie tego nie pamietam
    czy rzucilem z dnia na dzien – tak, musialem, zamknalem wszedzie konta, z pieniedzy sie rozliczalem z dziewczyna od razu po wyplacie zeby widac bylo przeplyw pieniedzy
    poszlo 40tys
    dla mnie duzo – 2 lata splacalem w tamtych czasach
    ale byli lepsi – jeden o ktorym prasa pisala narobil 5x tyle zanim go wyrzucili z roboty
    u mnie dziewczyna stwierdzila ze zostaje i to chyba bylo ta moralna podpora ktora pozwolila to wszystko dzwignac
    od tamtego czasu nie ma dla mnie slowa na h, nie interesuje mnie to i nie zamierzam powracac
    chociaz w glowie istnieje mysl ze teraz by bylo inaczej i inne bzdury
    temat zamkniety
    pare lat z zycia utracone plus niektore kontakty, najblizsza rodzina nadal pamietam ale nie przypomina i mimo ze ozdyskalem zaufanie to zawsze gdzies tam na koncu bedzie ten cien przeszlosci
    ale to juz nie ma znaczenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.